Menu

Baba na wozie...

Varia

Wpisy otagowane : Nietolerancja

tolerancja kołem się toczy... biurwą między oczy

chattra

Pisałam ostatnio o pewnych osobnikach, którzy poczuli się urażeni kanapką z szynką. U nas kanapki jeszcze nikogo nie urażają. Przynajmniej na razie…chyba…  ale problemy z tolerancją  istnieją. I to niemałe.

Dwie Polki, Joanna Duda i Anna Czerwińska, mieszkające i pracujące we Francji,  postanowiły zawrzeć tam związek małżeński. Tak, tak. Tam można:) Musiały jednak zwrócić się do polskich urzędów o wydanie zaświadczeń, iż są stanu wolnego. I tu… chciałabym powiedzieć niespodzianka, ale jakoś mnie to nie dziwi… pojawił się problem.

Urzędniczka USC w Gdańsku zabawiła się w obrońcę „praw naturalnych” i uznała, że „małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny”, więc zaświadczenia nie wyda. Okazało się bowiem, że Joanna Duda wpisała do rubryki, w której wymagano danych przyszłego współmałżonka dane swojej partnerki. I tu pojawił się problem gigant.

Próby przekonania opornej pani, że małżeństwo będzie zawarte w kraju, gdzie jest to legalne i uznane przez prawo, spełzły na niczym. Urzędniczka zasłoniła się Konstytucją RP i kodeksem rodzinno-opiekuńczym. Zaparła się i stanęła dęba.

Trzeba było poruszyć inne instancje. Zainterweniował prezydent Gdańska. W końcu wyszło na jaw, że już w 2008 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał wyrok, że „w postępowaniu poprzedzającym wydanie takiego zaświadczenia nie podlega badaniu, czy, z kim i gdzie wnioskodawca zamierza zawrzeć związek małżeński”, co oznacza, że nie urzędniczki sprawą było kto z kim i gdzie.

I racja. W kwestionariuszu o wydanie takiego zaświadczenia powinno się jedynie podawać dane tej osoby, która takiego zaświadczenia potrzebuje i nikogo więcej. Może więc pora zmienić blankiety na mniej niuchające w życiu petentów, by żaden z urzędasów nie mógł wygłaszać swoich wykładni prawa i utrudniać życia obywatelom. Nie jego to bowiem sprawa kto z kim i gdzie. Jego zadaniem jest tylko wydanie zaświadczenia, że jest się stanu wolnego. I to by było na tyle:)  

"Corrida" pani profesor Krystyny P.

chattra

Niejaka pani „profesor” Krystyna P. O, przepraszam, gdzie ja z tym cudzysłowem… To tak zupełnie „niechcący”. Otóż… zacznijmy od początku.

Niejaka pani profesor Krystyna P., „dama” o „otwartym” umyśle i sercu, postawiła się w sytuacji podbramkowej. Stoi tam teraz rozpościerając ramiona i rozcapierzając palce, by przyjąć własną krótką piłkę. A, jak wiemy, karnego wcale łatwo obronić się nie da. Ale cóż, wstyd się teraz przyznać do błędu. Bo jakoś tak „niehonorowo”. No i ten zegar (biologiczny). Tak nieubłaganie tyka. Powinna pani P. zająć się „produktywnością” własną, a tu czasu brak. Skoro ona tak w tej bramce tkwi, broniąc.

Zostawmy ją zatem na chwilę w tej niewygodnej pozycji i przyjrzyjmy się problemowi, który wyniknął z jej „oświeconych” wywodów. Oj, mdły on w smaku, gorzkawy. Nic tylko go wypluć i już doń nie wracać.

Lecz… nie da się. Bo zbyt wiele osób pani P. i jej epigoni obrazili. Właściwie wystarczająco wiele, by im pozew zbiorowy zafundować, a nie tylko jednostkowy pani Anny Grodzkiej. Co więcej. Mógłby to być także pozew o obrazę uczuć religijnych. Jak wiemy, ugrupowanie pani P. lubuje się w takowych. Dlaczego by i im nie zrobić przyjemności?

Wszak i pani Grodzka, i pozostali „nieproduktywni” na podobieństwo Boga stworzeni, czyż nie? Przecież ludźmi są, a w Biblii, w Księdze Rodzaju jak byk stoi: „A wreszcie rzekł Bóg: - Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam.” A to że każe im się później rozmnażać… Bynajmniej nie czyni tego po to, by szerzyli miłość, ale po to by przejmowali władzę. Takie małżeństwo z rozsądku, nieprawdaż? Rozumiem więc, że pani P. i jej satelici mają jeden cel – przejęcie władzy. Rządzenie nad każdym stworzeniem, które uważają za pośledniejsze od siebie… zatem i zapewne nad panią Grodzką i innymi zdefiniowanymi przez nich „zboczeńcami”.

Nie? Oni chcą tylko „ochronić” tradycyjny model rodziny? Oni to obrońcy, „rycerze” zasłaniający swymi wymownymi językami „niewinną” i „nieuświadomioną” resztę społeczeństwa?

Tak to „Bohaterowie”, bez dwóch zdań.

I tu oręż z ręki pani P. wypada, miecz swój drugi koniec ostro objawia. Bo obrażenie uczuć religijnych to nie błahostka. Wcale, a wcale. Ale skoro słowo jako ten wół corridę po wrażliwości innych wyczynia, skoro innych dało się skazać za zdanie o „napranych zielem”, to czemu za o wiele szkodliwsze społecznie wypowiedzi uniewinnienie miałoby spotkać winowajców?

Bo obok pani P. na ławie oskarżonych powinni zasiąść owi „mężni rycerze”, którzy orężem jadu i młotem własnego czoła, nieskalanego myślą tolerancyjną i pełną zrozumienia dla odmienności, uderzają w dyskryminowanych przez prawo.

Zaś, póki co, stoi pani P. w bramce, a obok niej owi satelici. Zagęszczają jak mogą przestrzeń przedbramkową, by nie dać tego karnego strzelić. A powinni się rozejść. I wykrztusić z siebie, być może po raz pierwszy w życiu, to magiczne słowo: przepraszam.

 



© Baba na wozie...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci