Menu

Baba na wozie...

Varia

Wpisy otagowane : tolerancja

Zmiana płci to nie bułka z masłem, to raczej czerstwy suchar… „Afera Shiloh”

chattra

Jeżeli komuś się wydaje, że zmiana płci jest jak jego podrapanie się po tyłku, to powinien się otrząsnąć ze swojej ciemnoty. Nie jest to ani przyjemne, ani bezbolesne. I nie jest też modą ani kaprysem, jak niektórzy „oświeceni” chcieliby głosić.

Zmiana płci wiąże się z terapią hormonalną (a jak hormony mogą dać w kość wystarczy spytać chociażby dowolnej kobiety w ciąży) i wieloma (podkreślam wieloma!) bolesnymi operacjami. Te zaś nigdy nie są w 100% bezpieczne. I na pewno nie są wiosennym spacerkiem kwitnącą parkową aleją.

Skąd u mnie taki temat? Gdyż ostatnio rozpętała się, że nazwę ją roboczo, „afera Shiloh”. Chodzi o córkę Angeliny Jolie i Brada Pitta, ośmiolatkę(!), która nosi się jak chłopak i nawet zadeklarowała zmianę imienia na John. To ostatnie nieco dziwi, bo według mnie to imię, które posiada – po hebrajsku znaczy ono m.in. „Mesjasz pełen spokoju” - jest wystarczająco neutralne płciowo. Ale jak jej się nie podoba… Widocznie ma jakąś potrzebę bycia przeciętną i niezauważalną. Co już mnie nie dziwi. Ciągłe bycie na świeczniku wykończyło nawet księżną Dianę.

Wracając jednak do wyboru Shiloh. Od razu w Polsce pojawiły się komentarze rozgorączkowanych obrońców tradycji i „normalności”. Jak można się spodziewać w „hejterskim” stylu. Biedni rodzice dziewczynki pewnie do dzisiaj cierpią na czkawkę i zastanawiają nad nagłym wysypem krost na języku ;)

To że pozwalają swojej córce na bycie sobą, oczywiście nie może być tolerowane. Bo przecież przeciętnego Kowalskiego czy innego Nowaka najbardziej na świecie obchodzi, co Shiloh ma lub będzie miała w spodniach. To przecież rzecz istotna i godna misjonarskiej batalii. Bo może taka Shiloh-John zechce nawet kiedyś przyjechać do naszej świętej ziemi i co wtedy?

Dla owych rozgorączkowanych proponuję wiadro zimnej wody na łeb. Niby to jeszcze nie te święta, ale zawsze mogą sobie fotkę na „fejsa” wrzucić i poudawać, że przyłączyli się do modnej ostatnio akcji…

A teraz argumenty. Mało, bo nie ma nad czym specjalnie się rozwodzić.

Po pierwsze – dzieci to dzieci. Mają różne pomysły, które niekoniecznie muszą przetrwać próbę czasu. To argument polubowny dla uspokojenia przedwcześnie oburzonych.

Po drugie – nie jest tragedią, gdy dziewczynka lubi bawić się samochodami, a chłopiec lalkami. Może ona zostanie w przyszłości dzięki temu sławnym konstruktorem lub kierowcą rajdowym, a on wybitnym psychologiem lub przedszkolanką.

Po trzecie – nawet gdyby Shiloh wytrwała w swojej potrzebie utożsamiania się z drugą płcią, to co z tego? Jakby nie było, to jej ciało i jej psychika. I tylko ona ma prawo do podjęcia decyzji. Nikt inny!

I na zakończenie.

Ze swojej strony mogę tylko życzyć jej, żeby jednak wyrosła, by nie musiała cierpieć. I mam tu na myśli nie tylko konieczność ingerencji chirurgicznej, ale i tolerancyjnych inaczej – ci ostatni powinni mieć płacone pensje przez Lucyfera, tak wydajnie przecież potrafią zgotować innym piekło.

Dobrze chociaż, że Shiloh ma normalnych rodziców, którzy ją kochają i chronią, a nie sadystycznych hipokrytów, zmuszających do kłamstwa i kochających bardziej sztuczne kulturowe normy niż własne dziecko.

Bo „zboczeńcy” też mają uczucia (już widzę to zdziwienie na twarzy niektórych) i cierpią, gdy są alienowani i pozbawiani prawa do bycia sobą – no tak, przecież jedną z podstawowych potrzeb człowieka (znowu zdziwienie, że co? że niby zboczeniec też człowiek? tak, odpowiadam – to też człowiek!) jest potrzeba akceptacji i szacunku. Ot, taka druga strona medalu.

Kampania „Rodzice odważcie się mówić".

chattra

Od jutra rusza kampania „Rodzice odważcie się mówić.

Ci, którzy spodziewali się zobaczyć demony, będą zawiedzeni. Bo zamiast niebezpiecznych zdemoralizowanych potworów zagrażających „niewiniątkom” na plakatach obrazy zwyczajnych, kochających i wspierających się ludzi. Ludzi żyjących w prawdzie. Nie dających odebrać sobie rodziny i najbliższych dla nawiedzonych haseł obrońców pseudomoralności.

Kochający rodzice doskonale wiedzą, że ich dzieci nie są potworami ani zboczeńcami. Wiedzą, bo ich znają.

Dlatego wspaniale, że znaleźli się ludzie, którzy postanowili wziąć udział w tej kampanii, którą zorganizowała Kampania Przeciw Homofobii. Szkoda, że plakaty będą rozwieszone tylko w kilku miastach Polski, ale to i tak sukces. Tym bardziej, że nakręcono także program telewizyjny i spot, w których rodzice wypowiadają się o zdrowych relacjach ze swoimi homoseksualnymi dziećmi.



Więcej o akcji na stronie KPH: http://www.kph.org.pl/pl/component/content/article/785-qrodzice-odwacie-si-mowiq-konferencja-prasowa

Stronka utworzona specjalnie dla rodziców dla potrzeb akcji: http://OdwazcieSieMowic.pl

Plakaty ze strony Kampanii Przeciw Homofobii.

"Corrida" pani profesor Krystyny P.

chattra

Niejaka pani „profesor” Krystyna P. O, przepraszam, gdzie ja z tym cudzysłowem… To tak zupełnie „niechcący”. Otóż… zacznijmy od początku.

Niejaka pani profesor Krystyna P., „dama” o „otwartym” umyśle i sercu, postawiła się w sytuacji podbramkowej. Stoi tam teraz rozpościerając ramiona i rozcapierzając palce, by przyjąć własną krótką piłkę. A, jak wiemy, karnego wcale łatwo obronić się nie da. Ale cóż, wstyd się teraz przyznać do błędu. Bo jakoś tak „niehonorowo”. No i ten zegar (biologiczny). Tak nieubłaganie tyka. Powinna pani P. zająć się „produktywnością” własną, a tu czasu brak. Skoro ona tak w tej bramce tkwi, broniąc.

Zostawmy ją zatem na chwilę w tej niewygodnej pozycji i przyjrzyjmy się problemowi, który wyniknął z jej „oświeconych” wywodów. Oj, mdły on w smaku, gorzkawy. Nic tylko go wypluć i już doń nie wracać.

Lecz… nie da się. Bo zbyt wiele osób pani P. i jej epigoni obrazili. Właściwie wystarczająco wiele, by im pozew zbiorowy zafundować, a nie tylko jednostkowy pani Anny Grodzkiej. Co więcej. Mógłby to być także pozew o obrazę uczuć religijnych. Jak wiemy, ugrupowanie pani P. lubuje się w takowych. Dlaczego by i im nie zrobić przyjemności?

Wszak i pani Grodzka, i pozostali „nieproduktywni” na podobieństwo Boga stworzeni, czyż nie? Przecież ludźmi są, a w Biblii, w Księdze Rodzaju jak byk stoi: „A wreszcie rzekł Bóg: - Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam.” A to że każe im się później rozmnażać… Bynajmniej nie czyni tego po to, by szerzyli miłość, ale po to by przejmowali władzę. Takie małżeństwo z rozsądku, nieprawdaż? Rozumiem więc, że pani P. i jej satelici mają jeden cel – przejęcie władzy. Rządzenie nad każdym stworzeniem, które uważają za pośledniejsze od siebie… zatem i zapewne nad panią Grodzką i innymi zdefiniowanymi przez nich „zboczeńcami”.

Nie? Oni chcą tylko „ochronić” tradycyjny model rodziny? Oni to obrońcy, „rycerze” zasłaniający swymi wymownymi językami „niewinną” i „nieuświadomioną” resztę społeczeństwa?

Tak to „Bohaterowie”, bez dwóch zdań.

I tu oręż z ręki pani P. wypada, miecz swój drugi koniec ostro objawia. Bo obrażenie uczuć religijnych to nie błahostka. Wcale, a wcale. Ale skoro słowo jako ten wół corridę po wrażliwości innych wyczynia, skoro innych dało się skazać za zdanie o „napranych zielem”, to czemu za o wiele szkodliwsze społecznie wypowiedzi uniewinnienie miałoby spotkać winowajców?

Bo obok pani P. na ławie oskarżonych powinni zasiąść owi „mężni rycerze”, którzy orężem jadu i młotem własnego czoła, nieskalanego myślą tolerancyjną i pełną zrozumienia dla odmienności, uderzają w dyskryminowanych przez prawo.

Zaś, póki co, stoi pani P. w bramce, a obok niej owi satelici. Zagęszczają jak mogą przestrzeń przedbramkową, by nie dać tego karnego strzelić. A powinni się rozejść. I wykrztusić z siebie, być może po raz pierwszy w życiu, to magiczne słowo: przepraszam.

 



© Baba na wozie...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci