Menu

Baba na wozie...

Varia

Wpisy otagowane : codziennosc

Odważny jak gołąb? ;)

chattra

Jakiś ptasi okrzyk powitał mnie na parkingu. Co u licha? Pawie? Niemożliwe. Ale przecież tak znajomo zabrzmiało. Skoro nie paw, to…

Myśl popłynęła w stronę gardła i, przybrawszy względnie wyjściowy wygląd, wychynęła na świat. I oczywiście znalazła odpowiedź.

Wykluczony paw odszedł obrażony, a jego miejsce zajęły… sokół… orzeł… a może jednak równie łowna kania?

Drżyjcie gołębie – huczał głos… oczywiście w ptasim języku, dobywający się z… głośnika (wtedy nastąpiło pstryknięcie w mojej pamięci;):))

A one? Nadal siedziały sobie na swoich miejscach pod dachem, wciąż nawożąc tereny położone niżej i zupełnie nic sobie nie robiąc z głośnego wrzasku. A jak wspomniała I., jeden znalazł sobie kiedyś dogodną pozycję… Gdzie? Oczywiście na głośniku. :)

Jakoś mnie to nie zdziwiło. Jeszcze nie spotkałam gołębia, który by zrezygnował z przyjemności opróżniania jelit na rzecz ucieczki przed dźwiękiem bez obrazu. Wszak ptaki to wzrokowcy, nieprawdaż? ;)



Co można zobaczyć w trakcie rozwieszania prania

chattra

Kilka dni temu wykonywałam całkiem prozaiczną, acz konieczną czynność, czyli rozwieszałam pranie. Mój wzrok czasami sięgał, tam gdzie wzrok zwykle w takich sytuacjach sięga, czyli… do bloku naprzeciwko.

Rozwieszałam zatem to pranie i zerkałam. I nagle…

Z okna wyłoniła się głowa. Gębę miała trochę rozmazaną, włos płowy i płeć wyraźnie przypisaną męską. Nim zdążyłam pomyśleć cokolwiek, wyłoniła się ręka, sięgnęła gęby i…

dźwięk potężnego smarknięcia poprzedził lecącego gluta pokaźnych rozmiarów. Na tyle pokaźnych, bym mogła go swym, takim bardziej "nosorożcowym" niż sokolim, wzrokiem zoczyć.

Myśl, która nadeszła po tym widoku, bo w końcu, mimo zaskoczenia, nadeszła: błe!

Jak to tak, że jeszcze, w dobie chusteczek higienicznych, ktoś opróżnia nos tą metodą? W dodatku przez okno z drugiego piętra… ;) :)





Gdy potrzeba w pociągu gna, a drzwi jak osioł idą w zaparte…

chattra

Jechałam ostatnio pociągiem. A że ścierpła mi noga, postanowiłam się trochę rozruszać. Dlatego, żeby nie wyglądać jak nadgorliwa tancerka irlandzka, zrobiłam sobie krótki spacerek w stronę toalety. Przy okazji miałam zamiar spotkać się sam na sam ;) z pewną muszlą – pierwotnie chciałam napisać tête-à-tête, ale w porę odwiódł mnie od tego obraz nazbyt bliskiego z nią spotkania niewłaściwej części ciała;)

Toaleta była zajęta, więc poczekałam chwilę, aż się zwolni. Wyszedł z niej jakiś facet. I najnaturalniej w świecie puścił drzwi. A one zrobiły szuuu i klap. To klap mnie zaniepokoiło;). Całkiem słusznie.

Chwyciwszy bowiem z gracją klamkę, pociągnąwszy ją… już z mniejszą gracją… zastygłam. Drzwi, jak klasyczny osioł, zaparły się.

Zmieniłam pozycję. Skupiłam w sobie, pociągnęłam „k’sobie”. Hmmm…

Znów zmieniłam pozycję, tym razem nacisnęłam klamkę, pociągnęłam… i… jak ktoś pamięta Prosiaczkowe a ku ku! to wie, co usłyszałam.

Nie, nie żadne tam zachęcające skrzypnięcie, a zachętę do prania, a właściwie sprania… owych drzwi.

Jednak, jako osoba opanowana;) i o refleksyjnej naturze;) oddaliłam się filozoficznym krokiem na swoje miejsce.

No dobra, mogłam złapać tę klamkę, gdy drzwi jeszcze się nie domknęły. Mogłam.

Mogłam poprosić jakieś silne męskie ramię, by mię poratowało. Mogłam.

Ale wizja mnie, dobijającej się i wołającej o ratunek, moje opanowanie i refleksyjność wzmocniły wielce;)

Na szczęście potrzeba aż tak naglącą nie była;):)

 



© Baba na wozie...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci