Menu

Baba na wozie...

Varia

baba i spektakl taneczny "Minus 2"

chattra

Wczoraj zadzwoniła do mnie M. – czy chcesz iść z nami na spektakl taneczny? - spytała. Chciałam. Takie spontaniczne przedsięwzięcia kulturalne inspirują mnie, babę, do doznań estetyczno-racjonalnych. Nawet jeżeli pech popchnie nas na „mieliznę” chały, można potem powiedzieć, „ale to była szmira”… Na ogół jednak jest raczej pozytywnie i można z czystym sumieniem stwierdzić: podobało mi się:)

I to właśnie mogę powiedzieć o wczorajszym spektaklu „Minus 2” wystawionego przez Polski Teatr Tańca z Poznania. Był to muzyczno-taneczny kolaż wyrwanych z kontekstu fragmentów przedstawień izraelskiego choreografa m.in. Batsheva Dance Company, Ohada Naharina, z którym poznańskiemu zespołowi udało się nawiązać współpracę po dwudziestu latach „nagabywań”. Jako totalny laik w dziedzinie teatrów tańca mogę powiedzieć, że nazwisko Naharin nie wywołuje u mnie dreszczu podniecenia ani innych form pobudzenia wegetatywnego, ale sądząc po reakcjach znawców, osobnik ten jest znany i bardzo ceniony w branży.

Spektakl jako całość podobał mi się, jednak jego poszczególne części nie były dla mnie równe sobie pod względem „inspiracyjnym”. Zakładam bowiem, że teatr tańca, z naciskiem na teatr, powinien coś przekazywać. Niestety, niektóre z fragmentów były dla mnie dość nużące i puste semantycznie. Ratowało je jedynie to, że medytacja buddyjska nie jest mi obca i potraktowałam je w tej kategorii:) Jako medytację w ruchu:) Wówczas pozwalałam po prostu myślom odpływać i poddawałam się powtarzającym się sekwencjom ruchu i dźwięku. A może o to choreografowi chodziło?;):)

Dwie z części były dla mnie wyjątkowe: scena z krzesłami i scena z wiadrem. Tu dostrzegłam genialne wykorzystanie symboliki i treść nieustępującą formie. Pozostałe fragmenty wciągały mnie tanecznie i od strony estetycznej, w różnym stopniu dając do myślenia.

Nie mogę też nie wspomnieć o scenie z udziałem publiczności. Widać było, że większość „wybrańców” dobrze się bawi, a takie działanie na pewno sprawiło, że taniec stał się uniwersalną mową, łączącą bez względu na płeć, wiek czy stopień zaawansowania tanecznego. Patrzyłam wtedy na scenę, a mój szeroki uśmiech na pewno wyrażał mój stan ducha:) Co więcej, spektakl minął a pozytywny stan ducha pozostał.



baba i zamek w Lesku

chattra

Bieszczady pożegnały nas prawdziwą „solinną” ulewą. Lało jak z cebra, a my wypatrywałyśmy pomiędzy tymi strugami wody na szybie śladów drogi. Kiedy jednak kolejne zakręty zaczęły przypominać bardziej Siklawę niż asfaltową drogę, stanęłyśmy na poboczu.

Widok był zwyczajny. Z prawej strony sklep, z lewej jakiś urzędniczy budynek, przed którego wejściem siedział w samochodzie mężczyzna, oczekujący jak królewicz z bajki na swoją wybawicielkę (przybyła i owszem, dzierżąc w swej dłoni rozpostarty parasol), przed nami przystanek, a wszędzie dookoła dżdżu dla kani powiedziałabym że  w nadmiarze. 

W końcu kania chyba okazała się wystarczająco nasycona, bo można było pojechać dalej, brnąc w obfitą siąpawicę.

Kiedy dotarłyśmy do Leska, wypatrywałam tamtejszego zamku. I w końcu udało mi się zobaczyć drogowskaz do niego. Skręciłyśmy zatem w boczną uliczkę i wytoczyłyśmy się z samochodu wprost w ulewę.

Przeskakując kałuże i omijając spływające ulicą strumyczki, dotarłyśmy do parku (park należał oczywiście do otoczenia zamku i sam był wiekowy, i bardzo ładny). Kierując się drogowskazem poszłyśmy w dół. Cały czas wypatrując zabytkowego zamku. Wcześniej minęłyśmy jakąś białą (a właściwie już troszeczkę poszarzałą)niepozorną budowlę. Uznałyśmy, że to nie jest poszukiwany przez nas zamek i poszłyśmy dalej. Dotarłyśmy po schodkach w pobliże amfiteatru – on też nie wyglądał na zabytkowy;):) Skręciłyśmy więc w lewo. Tam chociaż mniej padało. Dotarłyśmy do jakichś budynków, ale tam też zamku ni widu, ni słychu. Zawróciłyśmy.

Obok ogrodzenia szarawego budynku stała tabliczka z cytatem. To nasunęło nam podejrzenia, że być może to TUTAJ. Tym bardziej, iż drogowskaz też wskazywał ten kierunek.

Minąwszy bramę, stanęłyśmy naprzeciw… owego szesnastowiecznego zamku w Lesku. Niezbyt przypominał on zabytek z owego czasu, bardziej jakiś romantyczny dworek z XIX w. i to w dodatku oszpecony blaszanym dachem. Uroku nie dodawał też rozbłocony wjazd i remontowany dach wieżyczki. Widać jednak było, że należała ona do starszej części zamku. Obok można było również dostrzec ścianę ewidentnie należącą do dawniejszej epoki. Urokliwy był także portal nad drzwiami do, jak przypuszczam, starszej części budowli.

Przypuszczam też, iż po wymianie dachu na bardziej gustowny, zameczek wyładnieje. Obecnie nie zrobił jednak na mnie (a właściwie na nas)oszałamiającego wrażenia. Może w innym czasie, przy innej pogodzie…



Drzewo jak z bajki

chattra

Nie da się zaprzeczyć, że drzewa są jedną z najpiękniejszych rzeczy na świecie. Pewnie dlatego nasi przodkowie wiele z nich uznali za święte. Jakże się bowiem oprzeć ich majestatowi i spokojowi. A te jesienne barwy…

 

źródło zdjęcia: http://paradisexpress.blogspot.com/2010/06/eucalyptus-deglupta.html

 

Ale, ale. Nie tylko jesienne. Wszak istnieje drzewo, które „rozkwita” kolorami przez cały rok. Jest to tęczowy eukaliptus (Eucalyptus deglupta). Rośnie sobie to „maleństwo” (niektóre egzemplarze osiągają ok. 75 m) m.in. na Nowej Gwinei i Filipinach, mamiąc wzrok wielobarwną korą.

 

źródło zdjęcia: http:// inkchromatography.wordpress.com

 

Jak się doczytałam, drzewo osiąga efekt wielobarwności dzięki utracie fragmentów owej kory. Z czasem, pod wpływem promieni słonecznych, odsłonięte miejsca zmieniają zabarwienie. Najmłodsze są zielone, najstarsze bordowe. Lecz mnóstwo jest również niebieskiego, fioletowego, pomarańczowego… Przyznam, że chciałabym zobaczyć to cudo na własne oczy. No i oczywiście dotknąć.

 



źródło zdjęcia: http://paradisexpress.blogspot.com/2010/06/eucalyptus-deglupta.html

© Baba na wozie...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci