Menu

Baba na wozie...

Varia

zdarzenia (nie)zwyczajne

samobójstwo czy głupota?

chattra

Czytałam kiedyś artykuł o samobójcach na drogach. Wyjeżdżają oni z domu po to, żeby zabić się samochodem. Wszystko wygląda na wypadek. Dobrze, gdy wybierają sposób, który nie godzi w osoby trzecie – czyli rozbijają się o drzewo, mur, spadają w przepaść. Nie zawsze tak jest. Czasami wybierają zderzenie czołowe…

Niedawno na przejeździe w Teresinie był wypadek. Pięćdziesięcioletni mężczyzna wjechał pod rozpędzony pociąg. Szlabany były opuszczone, ale kierowca, omijając czekające auta, wjechał na tory. Wprost pod Intercity. Ze skody, którą jechał została metalowa miazga, z kierowcy krwawy strzępek. Głowa była tak zmasakrowana, że nie dało się zidentyfikować ofiary po rysach twarzy.

Pytanie: głupota czy samobójstwo?

10-lecie Bloxa - byłam, widziałam, komentuję...

chattra

W pociągu uświadomiłam sobie, że zapomniałam mapy i będę musiała iść do Empiku. Ale lepsze to niż błąkanie się po Warszawie w poszukiwaniu Żelaznej. Wiedziałam, gdzie mniej więcej się znajduje, ale mniej więcej zawsze robi różnicę;)

Kupiłam mapę i tak zaopatrzona ruszyłam w stronę rozkopanej Świętokrzyskiej. Miałam do wyboru dwa skręty. Oczywiście na początek wybrałam źle. I kto powiedział, że prawo jest zawsze właściwe?

Potem już nie miałam problemów. Szłam, szłam, aż doszłam.

Trochę innego widoku się spodziewałam, ale… Miasto i Ogród objawiły mi się w całej swej „fabrykowości”.

Stanęłam w kolejce, by zaznaczyć swoje przybycie.

Od stolika odeszłam z plakietką z moim imieniem, eko-torbą i fartuchem. Te ostatnie to miły sponsoring Tesco:)

I tu rozejrzałam się w lekkiej panice;) jako że zachciało mi się samotnej wyprawy, nie znałam ani jednej osoby, które jawiły się przede mną. A one najwidoczniej nie wpadły na równie ekstremalny pomysł jak mój i opancerzyły się w znajomych i bliskich.

Raczej nie mam problemów z nawiązywaniem kontaktów, ale wbijanie się w zamknięte kółka wzajemnej adoracji to nie dla mnie. Zbyt mnie zniechęca ta chwila krępującego milczenia, które następuje po wkroczeniu w taki krąg. Darowałam zatem sobie to nieprzyjemne doznanie i postanowiłam zabić czas zwiedzaniem okolicy.

Odwiedziłam magazyny ze zdrową żywnością, obejrzałam jakieś stoiska, dotarłam do mini-ogródków. I wyszukiwałam zabawne widoki, żeby nie pogrążyć się w całkowitym zniechęceniu. Jednym z takich widoków byli młodzi ludzie, którzy rozsiedli się w rządku na leżakach i z zapamiętaniem dręczyli swoje komórki, dając jasno do zrozumienia, że nawiązywanie kontaktów w „realu” ich nie interesuje. Rozbawiło mnie to, zważywszy, że impreza miała służyć integracji;):)

Odechciało mi się tak łazić bez celu. Ja to jednak lubię konkret, a na spacery stanowczo wybieram bardziej wyludnione miejsca:) Postanowiłam więc opuścić ów przybytek nudy.

Wyszłam z Miasta i Ogrodu. Minęłam jedną ulicę i drugą. Ale nie. Nie poddam się, chcę poznać kogoś miłego i zobaczyć jogę śmiechu – pomyślałam i zawróciłam.

Zagadałam do osób, które wydały mi się nie tylko sympatyczne (bo sympatycznie to tam wyglądali wszyscy), ale i otwarte na kontakt, i nie myliłam się. Spędziłam mile czas na rozmowie i dotrwałam do jogi śmiechu. W moim wydaniu była taka trochę niemrawa;) bo jeszcze nie mogę wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, ale bawiłam się nieźle. Niektóre ćwiczenia były dla mnie troszeczkę krępujące ze względu na przekraczanie moich granic intymności przez zupełnie obce osoby, ale większość była zabawna. Uśmiałam się i na pewno wykorzystam niektóre z poznanych tam przeze mnie rozwiązań:)

A na koniec chciałam tylko napisać: dziękuję Organizatorom i Sponsorom:)

I podsunąć im pomysł, żeby pomyśleli o autentycznej integracji grupy, bo nie każdy przychodząc samotnie ma na tyle śmiałości, żeby zagadać. Ja się wróciłam, ale widziałam takich, co wybyli bez powrotu. A to chyba powinien być jakiś sygnał dla organizujących, prawda?

P.S. Pozdrowienia dla moich miłych rozmówców:)

Odważny jak gołąb? ;)

chattra

Jakiś ptasi okrzyk powitał mnie na parkingu. Co u licha? Pawie? Niemożliwe. Ale przecież tak znajomo zabrzmiało. Skoro nie paw, to…

Myśl popłynęła w stronę gardła i, przybrawszy względnie wyjściowy wygląd, wychynęła na świat. I oczywiście znalazła odpowiedź.

Wykluczony paw odszedł obrażony, a jego miejsce zajęły… sokół… orzeł… a może jednak równie łowna kania?

Drżyjcie gołębie – huczał głos… oczywiście w ptasim języku, dobywający się z… głośnika (wtedy nastąpiło pstryknięcie w mojej pamięci;):))

A one? Nadal siedziały sobie na swoich miejscach pod dachem, wciąż nawożąc tereny położone niżej i zupełnie nic sobie nie robiąc z głośnego wrzasku. A jak wspomniała I., jeden znalazł sobie kiedyś dogodną pozycję… Gdzie? Oczywiście na głośniku. :)

Jakoś mnie to nie zdziwiło. Jeszcze nie spotkałam gołębia, który by zrezygnował z przyjemności opróżniania jelit na rzecz ucieczki przed dźwiękiem bez obrazu. Wszak ptaki to wzrokowcy, nieprawdaż? ;)



© Baba na wozie...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci